Cukrzyca zaskoczyła mnie 2 lutego 2018 roku na lotnisku we Wrocławiu. Było popołudnie, telefon nie przestawał dzwonić od rana. Pierwsza zadzwoniła pani pielęgniarka z laboratorium: „Ma pani cukrzycę?”. Zrobiłam sobie badania krwi, bo ostatnio nie czułam się najlepiej i strasznie schudłam. Myślałam, że to stres: miałam właśnie wylecieć do Anglii, poukładać sobie życie, zarobić trochę. Bilet w jedną stronę. „Cukrzycę? nie, nie mam!” „Musi się pani zgłosić jak najszybciej do szpitala” „Ale ja nie mogę, lecę do Anglii”. I tak stoję na lotnisku, a telefonów jest coraz więcej: od zatroskanych, kochających ludzi, którzy na szybko dowiadywali się co to w ogóle znaczy CUKRZYCA (?!). Serio dziś przeraża mnie w jakiej nieświadomości żyłam.

Podejmuję decyzję o niewsiadaniu na pokład. Pierwszy raz w życiu patrzę jak mój samolot odlatuje beze mnie. Do domu jadę 4 godziny z przesiadkami, często zasypiam w pociągu pożerając słodycze, kompletnie nie wiedząc, co mi jest. Tego samego dnia około 22:00 ląduje w szpitalu po tym jak mierzę sobie cukier glukometrem babci (typ2). Pierwszy z nich pokazuje error a drugi 700+. Szpitalny glukometr: 734. Pani pielęgniarka patrzy na mnie jak na ducha, ja pod wpływem szoku śmieję się i błaznuje. Dalej jest już tylko gorzej. Historie ze szpitala nadają się na osobną książkę, powiem tylko : ciut straszno, ciut śmieszno.

14 lutego (romantycznie!) wychodzę z Polikliniki w Zielonej Górze jako świeżo upieczony cukrzyk. 1 Kwietnia (prima aprilis!) wyjeżdżam kamperem w podróż po Europie. Z całą skrzynką insuliny, igieł, pasków itp. Nie będzie mi przecież życia ustawiać jakaś cukrzyca, nie? Zwiedzam Francję, Hiszpanię, wracam do swojej ukochanej Portugalii, odwiedzam uczelnię, w której studiowałam, znajomych. Adoptuje psa ze wsi Maiorca. Gdzieś w lipcu wracam do domu, na polskie łono, opalona i szczęśliwa. Żeby jakoś ogarnąć się w kraju i zarobić na insulinę, w grudniu zakładam własną firmę. Prowadzę działalność artystyczną: wytwarzam ceramikę, prowadzę warsztaty. Ta wspaniała przygoda musiała się jednak zakończyć w roku 2020. Jak wiele innych rzeczy w moim życiu. Przeszłam załamanie nerwowe, zakończył się mój wieloletni związek, zawiesiłam firmę. A później wybuchła pandemia ! BOOM. Na szczęście wyszłam z tego wszystkiego obronną ręką, chociaż było bardzo ciężko. Nie obyło się bez wsparcia psychologa i mojej kochanej rodziny. Właściwie myślę, że tylko dzięki nim jeszcze żyję. Moim największym marzeniem jest własna pracownia, która pomieści wszystkie moje obrazy i prace. Tak żebym mogła bez przeszkód tworzyć od świtu do nocy.